Postawiłam wszystko na jedną szalę, czyli wyboista droga do spełniania marzeń

Posted on
spełniać marzenia

Kochana Powierniczko!

To tekst o tym, jak spełniać marzenia

Tak! Maszeruję krętą drogą, by spełniać marzenia, ale nie będzie to historia ku pokrzepieniu serc. To będzie wpis o walce o swoje marzenia. Prawdziwy, szczery i bez zachwytów.

Ale zacznijmy od początku…

W grudniu 2016 roku postawiłam wszystko na jedną szalę. Po wielu godzinach przegadanych z mężem, zdecydowaliśmy się podjąć bardzo ryzykowną i szaloną decyzję. Głównie finansową.  Bo co tu dużo mówić, wydawanie książek jest biznesem drogim, ale też nie przynosi spektakularnych zysków, a zwroty z inwestycji są długofalowe. Czasem też można nie trafić z tytułem, a wtedy… A wtedy, to już sama wiesz:) Mimo to założyliśmy własne wydawnictwo.

Moim marzeniem było pracować w książkach, zarabiać na pracy z książkami, a tego nie dawał mi mój blog. Bo ta branża rządzi się innymi prawami. To prawda, czasem też dostawałam zlecenie na recenzje wewnętrzne od innych wydawców. Wtedy na pytanie męża: co robisz?, mogłam odpowiadać z zadowoleniem:

– Pracuję 🙂

Ale to nie było za bardzo satysfakcjonujące…

Przede wszystkim chciałam zarabiać na tłumaczeniach literackich, a niestety zlecenia były nieregularne. A wiadomo, że aby udoskonalać swoje zawodowe umiejętności, muszę siedzieć w zawodzie. Pisanie do szuflady, tłumaczenie  tekstów do szuflady, nie da mi takiego efektu, nie przyniesie takich korzyści, jak praca z redaktorem, który przychodzi z pomocą, kiedy moja głowa nie ma już nic od zaoferowania. Dobrze jest, kiedy ktoś zerknie trzeźwym okiem na to, co się zrobiło, napisało czy też przetłumaczyło. To naprawdę pomaga!

Wracając do sedna sprawy…

Co tu dużo mówić, wiele razy marzyłam o tym, żeby wydawać książki, ale zawsze pozostawało to w sferze marzeń. Musiałam więc coś z tym zrobić. Życie w oczekiwaniu na kolejne propozycje było męczące, a ja byłam pewna i przekonana, że chcę coś zmienić w swoim życiu. Chciałam mieć wpływ na to: co, kiedy i jak chcę przetłumaczyć. Taką swobodę może dać tylko własne wydawnictwo. Ale do tego musiałam dojrzeć. Musiałam mieć wsparcie, które – na szczęście – otrzymałam od męża.

I choć odważyłam się to w końcu zrobić, wziąć tego byka za rogi i podjąć tę ważną decyzję, powiem Ci coś, co jest  niepopularne, o czym się głośno nie mówi, i wielu przypadkach obraz tego, co widzisz jest mocno zafałszowany, bo karmi Cię tylko pozytywnymi aspektami całej sprawy.

Bo choć ciągle słyszysz, że marzenia się nie spełniają, że je się po prostu spełnia, to nie daj się zwieść słitaśnym peanom na ich cześć.  Owszem, szczęściu trzeba dopomóc, ale tylko ci którzy, którzy walczą o swoje marzenia, wiedzą, jak wysoką cenę płacą za ich realizację. Tylko oni wiedzą, ile nocy nie przespali, ile godzin przepłakali, ile sił i pieniędzy zainwestowali w realizację projektu, w doprowadzenie działalności do momentu, w którym obecnie znajduje się to konkretne przedsięwzięcie. Tylko oni wiedzą, ile razy chcieli już to wszystko rzucić w diabły i pokazać środkowy palec wszystkim kołczom, którzy krzyczą zewsząd: „podążaj za swoimi marzeniami. Możesz wszystko itp.”  [Dupa tam!]

Tylko oni wiedzą, ile mają już siwych włosów na głowie, i z iloma problemami dali sobie radę – lepiej lub gorzej. Tylko oni wiedzą, ile wpadek zaliczyli, ile potknięć mają za sobą, ile rzeczy zrobiliby zupełnie inaczej. I w końcu tylko oni wiedzą, jak bardzo się spalili przy realizacji tego, co udało im się osiągnąć, i jak ogromnym stresem to wszystko okupili. Bo spełnianie marzeń to nie tylko przyjemności i kasa na koncie (albo jej brak). To nieustanna walka z codziennością i przeciwnościami, które los stawia na Twojej drodze.

Ale mimo to, że jest cholernie ciężko, że głową jestem ciagle w pracy, ze nie wiem, co to urlop już od dawna, nie chcę z tej ścieżki schodzić, bo czuję, że znalazłam swoje miejsce na Ziemi. Ale nie wiem, czy jeszcze sił mi starczy do walki o codzienne projekty. Nie wiem, ile potknięć przed nami, choć wiem, ile już za nami. I choć rwę sobie siwe włosy z głowy, to i tak #fajniemi. 🙂 I tego będę się trzymać. Bo kocham to, co robię. Ale wiem też, że nie mogę stracić czujności, i że za dwa dni powiem: „rzucam to wszystko w cholerę, bo na co mi to było?”. Tak, Kochana, nie zamierzam mówić, że jest świetnie, kiedy drukarnia nawala, a nasza przedsprzedaż notesów zakończyła się fakapem, z którego jednak wyszliśmy z twarzą. Bo uwierz mi, że wtedy było nie do śmiechu. Choć ci, którzy nam zaufali, byli wyrozumiali i dali nam szansę. Ale co nażarłam się wtedy stresu, to moje.  Bo trzeba było podjąć decyzję na ostatnią chwilę i natychmiast, choć akurat te problemy nie miały prawa już wydarzyć się na tym etapie. Trzeba było więc zjeść tę łyżkę dziegciu w tej beczce miodu, i wybrać „mniejsze zło”, wszak dobrego wyjścia nie było.:) Tak więc, mówię sobie keep calm i prę do przodu, by za kilka dni znowu wykrzyczeć mężowi: „wymiękam i mam to wszystko w głębokim poważaniu”.

To pisała ta, która obsesyjne goni swoje marzenia

Agnieszka

PS. A jak to jest u Ciebie z tym spełnianiem marzeń?

  • Co tu dużo mówić, należy Ci się pełen podziw. Za to, że mimo zwątpień, idziesz do przodu. Na pewno własne wydawnictwo było ryzykiem, ale… wyobraź sobie siebie za kilka lat. To wszystko z czasem zaprocentuje. I tak jak piszesz, najważniejsze robić to, co się kocha, do czego zostało się stworzonym. Bo nawet jeśli dziś masz wszystkiego dość, od jutra nowa energia, bo wiesz, że nie musisz, a chcesz. Go Girl!

    P.S. Czy to jest tekst dedykowany wyłącznie kobietom? A co to nasi panowie już nie czytają? 😉

    • Agnieszka Pohl

      Hihi jeśli dotrwamy do tego za kilka lat 🙂 Ale masz rację to trochę taka sinusoida. Raz na wozie, raz pod wozem. Dzisiaj jest ten dzień: mam to w d*pie.
      A tekst dla kobiet, bo chcę celować w tę grupę czytelników, zresztą, jaki facet chciałby czytać takie wypociny. Oni nas nie rozumieją, bo są z Marsa 😉